
Bogdana poznałem lepiej podczas jego częstych wizyt w Stanach, gdzie przez jakiś czas mieszkałem. Miał duszę wolnego człowieka, nie ukrywał tego. Słychać zresztą to w jego piosenkach, które przelewał na papier wprost ze swojego serca. Niewielu jest, czy było, takich artystów. /fot: marekpiekarczyk.com/
Zapamiętałem go, jako osobę niezwykle szczerą i prawdziwą w tym, co robi. Dużo się mówi o jego niezwykłym usposobieniu i tak rzeczywiście było, mogę to potwierdzić. Był artystą w najlepszym tego słowa znaczeniu. Artystą prawdziwym i szczerym./foto: internet/
Bogdana wspominam głównie z naszych koncertów z tras Lata z Radiem. Spotykaliśmy się przy ich okazji właściwie w całej Polsce. Po latach znów zaczęliśmy z Mirkiem Bregułą grać w większym składzie, a on występował wtedy sam, z gitarą. Miało to swój klimat. Uważnie nam się przyglądał. Pamiętam, że mówił, że wkrótce znów powróci do grania w większych składach. To były właśnie rozmowy głównie o muzyce. Wraz z Mirkiem byli wielkimi fanami Johna Lennona./foto: universe.pl/
Spotkaliśmy się właściwie tylko raz, w stołecznej Sali Kongresowej, przy okazji koncertu poświęconego pamięci Krzysztofa Klenczona. Bogdan podszedł do mnie, bo wcześniej przyuważył, że mam bas Rickenbacker'a. Sam też używał sprzętu tej legendarnej marki. Pamiętam, że na powitanie rzucił hasło „No, dobrze, że ktoś na tym gra!". Zamieniliśmy kilka zdań. Z tego spotkania odniosłem wrażenie, że jest osobą bardzo łagodną, po prostu dobrym człowiekiem. To się wyczuwa. W dzisiejszych czasach brakuje tak prawdziwych i szczerych artystów, jakim bez wątpienia był Bogdan. Sam działam w tej branży i naprawdę wiem, co mówię./foto: bigday.pl/
Jestem w ogóle niemile rozczarowany, że znika taki fajny facet i nigdy w życiu już się z nim nie napiję, nigdy nie pogadamy sobie o samochodach, o dziewczynach, o sztuce, o ludziach. Lubiłem spotkać się z nim. Zwykle to były przypadkowe spotkania. Ale kiedy spotykaliśmy się w Krakowie czy Trójmieście, zawsze spędzaliśmy całe noce na dyskusjach. To był taki koleś, z którym zawsze można było się napić. Ale nigdy nie przesadzał. Pomyślałem sobie, że jak wydaję płytę, to trzeba pamiętać o kimś takim. Zawsze śpiewał piosenki o miłości i dlatego poświęciłem mu piosenkę o miłości./tekst: Tylko Rock, foto: oficjalna strona wilki/
Przede wszystkim to był nasz kolega. Osoba, którą znaliśmy bardzo dobrze. Spotykaliśmy się zarówno na koncertach, w trasie, jak i zupełnie prywatnie. Był niezwykle otwarty, człowiek dusza po prostu. Takich ludzi jest bardzo mało. Pewnego dnia po prostu odszedł... Pomyślałem, że najlepszym sposobem na upamiętnienie jego osoby będzie oddanie mu hołdu muzycznego. Przecież tym się w życiu zajmował, robił to magicznie i doskonale. Wybraliśmy „Wolność". W naszym wykonaniu odbiega nieco od oryginału, zrobiliśmy to na inną modłę, to takie bujające rytmy reggae. Graliśmy to z początku jedynie na koncertach, przypominaliśmy ludziom, że odszedł wielki artysta. W końcu pojawiła się idea, by zarejestrować ten numer na płycie. Powiem szczerze, że ja przy tym utworze, oprócz tego, że jest jakaś nostalgia, wspomnienie, po prostu odpoczywam, bawię się przy nim. Często mówię wtedy „Boguś, dzięki ci za te dźwięki"! Naszym obowiązkiem, muzyków którzy pozostali, jest przypominać ludziom o nim. Z tego co widzę, pamięć nie ginie. Ludzie śpiewają ten numer z nami, jest miło. Gdy teraz o nim rozmawiamy, to nasuwa mi się myśl. Nie jest łatwo być takim człowiekiem, jakim był właśnie Bogdan. On miał serce na dłoni. To był człowiek, który jak wpadł na pomysł, że na przykład chciałby pojechać do stanów i grać na gitarze akustycznej, to po prostu jechał - i to zostawiając w Polsce całą sławę i uznanie, w najlepszym swoim okresie muzycznego prossperity. To był człowiek, który jak coś czuł, to tak robił i tak też reagował. Ja go za to bardzo ceniłem. Wiedziałem, że jak coś mówi, to jest to bardzo szczere, nigdy nie było to podszyte żadną obłudą. Dlatego pewnie nam się świetnie rozmawiało, spędziliśmy kupę wspólnych chwil na przeróżnych imprezach. Od „po koncertowych", poprzez a skończywszy w jego mieszkaniu w Sopocie, gdzie przez pewien czas mieszkał. Imprezy do białego rana. Pracował tutaj nad muzyką, grał i tworzył. Nie przyjechał, by chodzić po plaży. Cały czas przecież żył z muzyki. Później tylko usłyszałem, że się spakował wyjechał. Czy miał plany? Często coś opowiadał. To był człowiek, który zawsze miał wiele do powiedzenia. Mam wrażenie, że nie wszystko zdarzył przekazać. Ale zostawił kolebkę wspaniałych piosenek. Uważam, że zarówno młodzi, jak i starsi muzycy go za to doceniają./foto: goldenlife.pl/
Kora mi to kiedyś powiedziała „To jest genialny facet, proszę na niego uważać!"/tvn style, foto: internet/
Jest to naprawdę nieodżałowana strata dla polskiej piosenki, bo był naprawdę zdolnym autorem. Pisząc piosenkę „O Ela", napisał właściwie coś jak „Hey Jude" The Beatles./tvn style, foto: internet/
To w ogóle ciekawa historia, bo studiowałem na tej samej uczelni, co Bogdan. W Kielcach, na Uniwersytecie Świętokrzyskim. Ani ja, ani on nie byliśmy jeszcze muzykami, w rozumieniu tego, co czekało nas w przyszłości. Ja grałem później w Irze i Mafii, a on założył Chłopców z Placu Broni. Jak sięgam pamięcią, to zdaje się, że Piasek też wtedy był na tej uczelni, podobnie jak „Banan", nasz późniejszy gitarzysta. Poznaliśmy się z Bogdanem dość dobrze, podczas obozu przygotowawczego na studia, w zasadzie takiego o charakterze integracyjnym. To były czasu komuny jeszcze. Słuchaliśmy wykładów, były zajęcia sportowe. Bogdan był charakterystyczny, miał długie włosy, nosił okrągłe okularki, tak zwane „lennonki". Był zresztą zafascynowany osobą Johna Lennona, tak samo jak ja. Później, po latach często grywaliśmy wspólnie koncerty, występowaliśmy na tych samych festiwalach. Lata 90-te były bardzo dobre dla naszej muzyki. Mafia była znana i lubiana, tak samo jak „Chłopcy z Placu Broni"./foto: mafia.kielce.pl/
Z Bogdanem spotykałem się wielokrotnie, głównie podczas tras koncertowych, lub kiedy będąc na Śląsku, sam zaglądał do „Leśniczówki", czyli miejsca ważnego dla całego pokolenia artystów. Był niezwykle wrażliwą osobą, jednym z nas. Teraz, kiedy go wspominam, mam takie wrażenie, że w zasadzie bardziej niż muzykiem, był poetą. Wrażliwcem o szalonej duszy./foto: lesniczowka.art.pl/
Są artyści, którzy nie muszą grać wyniosłych solówek gitarowych, czy śpiewać skomplikowanych technicznie utworów, by stworzyć wokół swojej osoby mit i wzbudzać powszechny szacunek. Bogdan Łyszkiewicz jest tego świetnym przykładem. Ba, to samo możemy powiedzieć chociażby o Dylanie. Chociaż nigdy Bogdana nie spotkałem, to i tak czuję z nim jakąś bliskość. Był osobą, która miała wiele pozytywnych myśli do przekazania i poprzez twórczość Chłopców z Placu Broni doskonale mu się to udało zrealizować. Szkoda, że nie ma go już pośród nas. Sam już niestety „chowałem" ludzi, z którymi mi było dane grać i wiem, jaki to ból, gdy odchodzi artysta./foto: harlem.pl/
Poznałem Bogdana chyba w 88 roku. Zadzwonił do mnie z propozycją wzięcia udziału w jego zespole. Zaprosiłem go do siebie, żeby sprawdzić co to za gość – przecież wcale go nie znałem. No i jak przyszedł, to mnie z miejsca załatwił. Nie dość, że prawił mi komplementy to jeszcze wpadł w oko mojej obecnej żonie. Było „posprzątane". Miał podejście do ludzi. Każdego potrafił zauroczyć. Pamiętam zdarzenie, gdy spacerując po Krakowie w okolicy Rynku zauważyliśmy Panią Annę Dymną. Pracowaliśmy wówczas nad pierwszą płytą Chłopców z Placu Broni i „na tapecie" była muzyka z fragmentami wiersza Wiesława Dymnego. Bogdan „bez pardonu" ruszył do akcji. Pięknie nas przedstawił i w kilku słowach wyłożył sprawę. Pani Anna nie zastanawiając się ani chwili wyraziła zgodę na użycie tekstu jej męża. Taki był Bogdan – szczery, bezpośredni i prawdziwy. Pamiętam słowa jego ojca, który często powtarzał, że w życiu nie liczy się przeciętność. Bogdan był niewątpliwie człowiekiem wyjątkowym. Kiedy sobie o nim przypominam mam wrażenie, że miałem okazję spędzić kilka chwil z zauroczonym życiem na ziemi aniołem, który zabłąkał się tu tylko na chwilę./foto: oddzialzamkniety.com/
Bogdana osobiście nie znałem. Owszem – poznaliśmy się, tak można to określić. Widywaliśmy się w hotelach, na imprezach, przybiliśmy nieraz piątkę, porozmawialiśmy chwilę. Dlatego nie chcę się wypowiadać na temat jego osoby, w sensie charakteru, przypisywania mu cech, czy sypania anegdotami. Od tego są inni, na pewno bardziej z nim związani, miał w branży przecież wielu przyjaciół. Mam za to coś do powiedzenia, jeżeli chodzi o jego twórczość. Pamiętam, że gdy pierwszy raz usłyszałem „O, Ela", wymiękłem. Dawno nie spotkałem, a były to lata osiemdziesiąte, tak zgrabnie napisanej piosenki i zawartej w niej historii, przezabawnej zresztą. Leciało to w radiu, bodajże na „trójce", lub w „Rozgłośni Harcerskiej". To był przebój, z czasem utwór ten grywany był już wszędzie. Potem długo nie śledziłem poczynań Bogdana, sam byłem osobą twórczo zapracowaną, a jak to często bywa „Kto pisze, nie czyta". Jakiś czas temu kupiłem składankę największych hitów Chłopców z Placu Broni. Posłuchałem i muszę powiedzieć, że ja tej muzyce wierzę. Jeżeli ktoś mówi, że Bogdan był wielkim wokalistą – ja mówię, że nie był. Jeżeli ktoś uważa, że był dobrym gitarzysta – ja znów mówię, że takim nie był. Ale pisał muzykę, której właśnie się wierzy! To cenny dar, niewielu go posiada. „Kocham Cię" to jedna z najpiękniejszych piosenek, jaka została napisana w naszym kraju. Bogdan był niezwykle autentyczny, nie krył się ze swoją wrażliwością, nie krył się z podziwem dla Johna Lennona, był zawsze sobą. To słychać w jego piosenkach. O jego śmierci dowiedziałem się od Krzysztofa Jaryczewskiego, pierwszego wokalisty Oddziału Zamkniętego, zadzwonił do mnie z tą smutną wiadomością. Nie wiem, co było bezpośrednią przyczyną tego tragicznego wypadku, w każdym razie tak sobie myślę, ze Pan Bóg to sobie sprytnie wykombinował. Z pewnością Bogdan gra teraz w niebie piękną muzykę z kilkoma naszymi przyjaciółmi, którzy też już odeszli./foto: emol.org/

























